Dziecko, doznające dotychczas obojętności, pogardy a niejednokrotnie okrucieństwa, zostaje wyniesione na piedestał - to znak dzisiejszych czasów. Współczesny rodzic, znając wpływ przebiegu dzieciństwa na dalsze życie człowieka, dokłada wszelkich starań, by potomek miał jak najlepsze warunki do rozwoju emocjonalnego, psychicznego i fizycznego. I nierzadko ponosi porażkę: dziecko, zamiast szczęśliwie i harmonijnie się rozwijać, staje się agresywne, roszczeniowe i żądne władzy. Dlaczego?
Mamy problem...
Problem dzieci tyranizujących otoczenie dotyczy zazwyczaj wykształconych, świadomych rodzin, wkładających mnóstwo wysiłku w dobre wychowanie dziecka. Rodziny te nie prezentują żadnych skrajnych doktryn wychowawczych: chętnie zaspokajają emocjonalne potrzeby dziecka, ale zdają sobie znakomicie sprawę z roli rodzicielskiego autorytetu.
Dzieci żądne władzy to na zazwyczaj chłopcy (na 5 chłopców przypada tylko 1 dziewczynka dotknięta tą dolegliwością), często jedynacy, dzieci pierworodne, adoptowane, a także dzieci wymagające, zdaniem rodziców, specjalnej uwagi (np. niepełnosprawne, wymagające leczenia czy rehabilitacji).
Maluchy te na ogół nie sprawiały większych problemów w pierwszych miesiącach życia, kłopoty pojawiły się dopiero w drugim półroczu. Nieporadny dotychczas niemowlak zaczyna stopniowo (i nie zawsze od razu zauważalnie) przejmować władzę nad rodzicem, który ma go nosić, bujać, karmić, zabawiać tylko w sposób określony przez dziecko. Reaguje krzykiem i agresją na wszelką rodzicielską niesubordynację. Jednocześnie traci wszelką zdolność podporządkowywania się, nie pozwala się nawet przytulić w chwili, gdy nie ma na to ochoty.
Pojawieniu się żądzy panowania towarzyszy brak etapu separacji, następującego normalnie pod koniec pierwszego roku życia, kiedy to dziecko zaczyna stopniowo (i naturalnie) odłączać się od matki. Maluch traktuje matkę jako swoje "królestwo", w obrębie którego realizuje władzę, nic dziwnego więc, że nie ma najmniejszej ochoty na detronizację (odłączenie od niej). Mały król koncentruje się tylko na sobie i swoich potrzebach, brak mu empatii, skłonności do kompromisu i umiejętności słuchania. Wszystko robi w sposób i w wymiarze takim, jaki jemu odpowiada. Często obserwowana jest swoista "rejonizacja" zachowań. Dziecko, które tyranizuje najbliższe otoczenie, poza domem zaczyna strachliwie wtulać się w maminą spódnicę.
W zabawie preferowane są zabawki techniczne, nie wymagające zaangażowania partnera (i tym samym: dostosowania się do niego). Elektroniczne zabawki czy komputery łechczą jednocześnie potrzebę władzy - dziecko za pomocą guziczka jest w stanie sprawować nad nimi kontrolę. W skali małego, dziecięcego świata, składającego się z mamy, taty i niewielkiego mieszkania, to naprawdę wiele.
Rodzice na ogół dzielnie znoszą rządy swojego dziecka, problem zaczyna ich przerastać dopiero wtedy, gdy dziecko doznaje dekompensacji. Może mieć to związek z różnymi sytuacjami, na przykład rosnącym znaczeniem młodszego rodzeństwa czy pójściem do przedszkola/szkoły (konieczność dostosowania się do określonych wymogów i konfrontacja z ludźmi, którzy nie mają zamiaru się podporządkować). Zauważalne staje się, jak duże problemy emocjonalne ma dziecko.
Ale dlaczego?
Czy w naturze dziecka leży tyranizowanie rodzica? Raczej nie, to byłoby wysoce nierozsądne z punktu widzenia ewolucji. Tragiczny los spotkałby słoniątko, które zamiast podążać posłusznie za słonicą w poszukiwaniu pożywienia, narzucałoby jej własny kierunek marszu - jak to ma w zwyczaju wiele ludzkich dzieci. Co leży więc u podstaw pojawienia się żądzy władzy u dzieci?
Na ten temat wysunięto już wiele hipotez. Rodzice mówią: "on się po prostu wdał w stryjecznego wujka", albo "to jest skorpion, wiadomo...". Zwolennicy przedmiotowego traktowania dziecka wykorzystują zjawisko tyranii jako argument przeciwko "podmiotowym" metodom wychowawczym. Specjaliści zwracają uwagę na mikrouszkodzenia mózgu, bezsilność wynikająca z ograniczeń wątłego i niezgrabnego ciała, wpływ telewizji i konsumpcyjnego stylu życia, upadek wyższych wartości (w tym wartości i tradycji rodzinnych). A może potraktować problem z jeszcze innej strony?
Współczesna rodzina to rodzina jednopokoleniowa (często z jednym dzieckiem), zamknięta w hermetycznym, anonimowym mieszkanku. Pokarm zdobywa się w supermarkecie, woda płynie z kranu szerokim strumieniem, naczynia myje zmywarka, światło zapala się jednym "pstryknięciem", butelka z mlekiem grzeje się sama, a dziecku w sterylnym i bezpiecznym domu nic nie grozi. Życie codzienne nie stawia żadnych ograniczeń.
Jak wiadomo, człowiek rodzi się jako fizjologiczny wcześniak. Ze względu na pionową postawę matki, wymuszającą określoną budowę miednicy, a także wysoce rozwinięty mózg determinujący duży rozmiar głowy, ludzkie dzieci przychodzą na świat przedwcześnie. Wiele miesięcy musi upłynąć, nim osiągną poziom rozwoju, w jakim rodzą się inne ssaki. Z tego powodu bardzo potrzebna jest kontynuacja swego rodzaju symbiozy z matką, przerwanej gwałtownie przez "przedwczesny" poród. Bliskość, kontakt z mamą, jej zapach, ruchy, karmienie według potrzeb - dziecko miało tego pod dostatkiem w życiu płodowym, i dobrze, gdyby tak wyglądał okres jego fizjologicznego wcześniactwa. Dziecko powoli uczy się świata pod troskliwymi maminymi skrzydłami. Zaczyna rozumieć, że w razie niebezpieczeństwa mama pośpieszy mu z pomocą i udzieli wsparcia, będzie bazą, do której zawsze będzie mogło wrócić - co pomaga mu z ufnością odłączyć się od niej we właściwym momencie.
Jednak czasami niemowlę nie może zaznać bezpieczeństwa, płynącego z przebywania w "gnieździe". Dzieje się tak, gdy matka, zamiast prowadzić dziecko, zaczyna podążać za nim. Zamiast być ostoją, wsparciem, przewodnikiem po "dorosłym świecie", zaczyna oczekiwać, by dziecko dawało jej znaki, co ma robić. Każdy jej ruch staje się niepewny i uzależniony od żądań dziecka - w przesadnym lęku przed zaniedbaniem potrzeb malucha. Nic jej w tym nie przeszkadza, nie ma przecież kompletnie żadnych ograniczeń bytowych, może calusieńki dzień patrzeć na malucha i żyć jego życiem.
Niemowlę zostaje pozbawione uczucia bezpieczeństwa w okresie, kiedy potrzebuje go najbardziej. Zaczyna poszukiwać sposobu, który pomógłby mu uporządkować swój świat, którego ram nie potrafiła zakreślić uległa matka. Zrozpaczone odkrywa, że ulgę przynosi opanowywanie świata i nieustanne sprawdzanie, za pośrednictwem coraz to wymyślniejszych metod, czy wszystko w jego królestwie nadal jest na swoim miejscu. Pozbawienie dziecka władzy, pozbawia je jednocześnie poczucia bezpieczeństwa, które sobie w ten sposób stworzyło - nic dziwnego więc, że broni się przed tym rękami i nogami.
Pozostając małym tyranem, dziecko także nie jest szczęśliwe, ponieważ "ma więcej władzy, niż jest w stanie znieść". Nie potrafi się przystosować, ustąpić, przegrać, poczekać, reaguje przesadnie i wścieka się, gdy coś nie idzie po jego myśli. Zostaje skazane na swoje "królestwo", gdyż tylko tam jest w stanie rządzić i co za tym idzie - tylko tam czuje się bezpieczne.
Czy jest jakieś wyjście?
Wyjście jest jedno: trzeba przywrócić prawidłowy porządek rzeczy. Gdy rodzic znów stanie się rodzicem, dziecko będzie mogło z ulgą stać się dzieckiem.
Ważny jest bezpośredni kontakt i bliska więź z matką we wczesnym niemowlęctwie, która zapewni maluchowi łagodne przejście na drugą stronę maminego brzucha, którego tak bardzo potrzebuje. Wspaniale jest także, gdy dziecko może poznawać świat i odczuwać pierwsze emocje w towarzystwie wyrozumiałej i czułej mamy - wszystko jest wówczas łatwiejsze. Rodzic powinien jednak pozostać rodzicem, potrafiącym dać oparcie, postawić granice i nadać światu porządek. Dziecko powinno doświadczyć chroniącej siły rodziców, odczuć ich rozsądek i pewność siebie - nie jako wyraz zniewolenia, lecz jako przejaw miłości i wsparcia. To bezpieczne "gniazdo", do którego dziecko zawsze może wrócić i doznać rozsądnej pociechy, staje się zachętą do podejmowania prób stopniowego odłączenia się od matki, a w dalszej perspektywie usamodzielnienia.
Wszystkie osoby, które ten temat zaintrygował i zaciekawił, odsyłam do książki Jiriny Prekop pt. "Mały tyran", wydanej przez Agencję Wydawniczą Jacek Santorski & Co. Temat jest tam rozwinięty, poruszonych jest również wiele innych ciekawych wątków.