Zdarza się, że czasem jako rodzice coś "chlapniemy". Z nerwów, przemęczenia, bezsilności. Zupełnie niepotrzebnie, bez jakiegokolwiek pomyślunku. Bywa też, że zapominamy o uczuciach naszych dzieci i z wyrafinowaniem wypowiadamy teksty, które "działają" - a mają przy tym mnóstwo skutków ubocznych...
"No idź, Zuzia się nie wstydzi..."
"Nie bój się, zobacz jak Paweł się wspina..."
"Zobacz, Kasia nie płacze..."
Nie powinno się porównywać dzieci, bo każde z nich jest inne, ma inny temperament i rozwija się swoim własnym tempem. Takie oczywiste, a jednocześnie tak trudne do zrealizowania, gdy ze zjeżdżalni najpierw zsuwa się Tomek, potem Piotruś, potem mała Martynka a na końcu zostaje nasz troszkę bojący się Kajtek: "No jedź Kajtek, jedź, nawet mała Martynka zjechała, a Ty się boisz". Nie trudno się dziwić, że Kajtek wcale nie czuje się zmotywowany. Zaczyna mu drżeć bródka a oczka podbiegają łzami. Za późno na gryzienie się w język. Zabolało.
"Ty ryczku mały..."
"Ale ciapa z ciebie...."
"A bo on jest niejadkiem..."
Jaki obraz swojej osoby ma dziecko, które od swojej najmądrzejszej mamy i wszechwiedzącego taty słyszy kilkukrotnie w ciągu dnia: jesteś niegrzeczny, jesteś niezdarą, jesteś płaczkiem, głuptaskiem i małym dzikuskiem? Czy zdajesz sobie sprawę, że Twoje dziecko wierzy w to, co do niego mówisz?
"Nic się nie stało..."
"To nie boli..."
"Nie ma o co płakać..."
Dziecko jak długie wyrżnęło na chodnik. Z obdartych kolan sączy się krew, a odrapane dłonie nieprzyjemnie pieką. Podbiegasz do dziecka, podnosisz z ziemi i wyrzucasz z siebie odruchowo: "nic się nie stało!". Czy Ty sama wierzysz w to, co mówisz? Stało się - widzisz to, słyszysz, a nawet czujesz (ten dreszcz, który przebiegł przez plecy w chwili, gdy wyobraziłaś sobie, że to Twoje ciało obdziera się na szorstkiej, chodnikowej kostce). Zaprzeczanie emocjom dziecka i negowanie jego odczuć to ostatnie, czego potrzebuje. To ostatnie, co może mu pomóc w wyrośnięciu na człowieka ufającego sobie i swoim odczuciom.
"Zostaw tego robaka, jest obrzydliwy..."
"Nie właź tam, bo się ubrudzisz..."
"Odłóż tego patyka i chodź już..."
Wiadomo, że "zdobyczny" kijek jest fajniejszy niż plastikowa pchanka prosto z zabawkowego, że obserwacja kowala bezskrzydłego jest ciekawsza, niż lepienie babek z piasku, że po krzakach biega się przyjemniej, niż po chodniku, a spodnie wieczorem i tak lądują w praniu, niezależnie od tego, czy są brudne mniej, czy bardziej. Nic złego z tego nie wynika, nikomu to nie szkodzi, nie dzieje się żadna krzywda. Dlaczego więc tak trudno utrzymać język za zębami, gdy dziecko odławia z kałuży kawałek cegły albo ociera ubłocone ręce o spodnie? Bo my, dorośli, byśmy tak nie zrobili? Bo dla nas to obrzydliwe lub nudne? To wystarczający powód, by zabronić dziecku odkrywania i fascynowania się światem?
"Wracaj tu, bo zadzwonię na policję..."
"Stój w miejscu, bo cię zostawię i znajdę sobie inne dziecko..."
"Jak się nie uspokoisz, to przyjdzie dziad i ciebie weźmie..."
Tonący brzytwy się chwyta, czyli straszenie dziecka jako uniwersalna metoda wychowawcza. Nie wymaga myślenia i skutecznie zmusza dziecko do zmiany zachowania. Kosztem jego strachu, lęku, nerwic... Trwających czasem aż do wieku dorosłego. Dziecko nie rozumie, że mama kłamie. Całym sobą wierzy, że pani za chwilę je zabierze, że nie zobaczy już nigdy najukochańszej mamy. Dlatego to takie skuteczne. I dlatego nie wolno tego robić.
"Zobacz, pani się z ciebie śmieje..."
"Taki duży a jeszcze w pieluszkę robi..."
"Co ci będę mówić, i tak nie zrozumiesz..."
Zawstydzanie to przemoc, przemoc psychiczna. Cedzone z przekąsem słowa wbijają się w psychikę jak szpilki i sukcesywnie obniżają samoocenę dziecka, doprowadzając w dalszej perspektywie do permanentnego poczucia niższości. Poniżamy, bo sami byliśmy poniżani? Bo przecież nie dlatego, że naprawdę wierzymy w to, co mówimy.
"Nie właź tam sam, bo się zabijesz..."
"Wracaj, bo się wywrócisz..."
"Nie tak szybko, bo sobie nogi połamiesz..."
Nie chodzi o sytuacje niebezpieczne - w sytuacjach niebezpiecznych rodzic interweniuje, a nie gada. To paplanina mająca na celu zagwarantowanie sobie w razie niepowodzenia alibi w stylu "a nie mówiłem?". A przy okazji słowa podcinające skrzydła, demotywujące, blokujące inicjatywę dziecka. Nie lepiej powiedzieć "jesteś wysoko, musisz być ostrożny" albo "trzymaj się mocno"?
"To twoja wina, że cię uderzyłem..."
"Jakbyś ładnie zjadł, to bym nie musiała krzyczeć..."
"Zasłużyłeś sobie na to..."
Kilkulatek odpowiedzialny za to, że mamie puściły nerwy. Jej ulży, zdejmie z siebie winę, a cały ciężar na swoje wątłe ramionka przejmie dziecko... Obarczanie malucha odpowiedzialnością za nieadekwatne zachowania rodziców jest okrutne, chociaż często tego nie zauważamy. "To twoja wina, że cię uderzyłem..." - bardziej razi znane z billboardów "Bo zupa była za słona"?
A Ty jak zwracasz się do swojego dziecka? Zdarzyło ci się powiedzieć coś czego żałowałaś?