|
||||
|
||||||||
|
#31
|
||||
|
||||
|
Ciekawy temat. Widzisz mamo-emilki, ja też miałam takie myśli jak jeszcze nie byłam w ciąży. Bałam sie porodu naturalnego bardzo, tylko, że mi się to nie zmieniło jak już zaszłam w ciążę a może nawet i pogorszyło mi się i wiedziałam, że dla mnie tylko cc i nic więcej
)Gdybym zaszła w ciążę znowu to też bym chciała przez cc rodzić. Było to dla mnie na tyle miłe wspomnienie i bezbolesne, poza tym byłam spokojna o dziecko i dlatego tez moje wspomnienia z porodu są jak najlepsze )Jak pomyślę, że to już tak dawno temu było to w szoku jestem ) Minęło 5 lat i kilka miesięcy![]() |
|
#32
|
||||
|
||||
|
Dobrze, że mamy takie czasy, że można zadecydować o formie porodu.
Bo ważne jest to, żeby znaleźć własny sposób na okiełznanie swoich lęków, a możliwość wyboru na pewno jest takim sposobem ![]() |
|
#33
|
||||
|
||||
|
Tak, tak, masz rację, sam fakt, że mogę wybrać coś, mam taką możliwość, daje dużą ulgę i spokój, że nad czymś panujemy, że jak coś to możemy inaczej zdecydować, że nikt mnie nie zmusza i nie nakazuje.
Choć nie wiem jak to jest tak normalnie. W normalnych, państwowych szpitalach ponoć różnie to bywa, w końcu czyta się o tym, że porody w Polsce to jeszcze odległe światy od zachodnich standardów. Ja miałam komfort taki, ze w szpitalu prywatnym to ja decydowałam i nikt mnie nie zmuszał, nawet nie namawiał. przedstawiono mi wszelkie za i przeciw co do różnych form porodu ale decyzja należała do mnie i uważam to, za prawdziwy komfort. Dlatego też moje dziecko przyszło na świat gdy ja się uśmiechałam i słuchałam opowiadań o wyjazdach wakacyjnych, nad głową siedział mój mąż i pani anestezjolog, a ja z nimi sobie gadałam. Same miłe wspomnienia ![]() |
|
#34
|
||||
|
||||
|
No to faktycznie miałaś super poród
Co do szpitali państwowych, bo ja tak rodziłam zawsze można się dogadać z lekarzem prowadzącym, który w tym szpitalu pracuje, raczej nie robią problemów, znam dziewczyny, które w ten sposób sprawę załatwiły. Lekarz wystawia skierowanie do zabiegu na dzień kiedy ma dyżur i gotowe. Oczywiście to kosztuje , ale poród w prywatnym też, więc na to samo wychodzi, tylko wiadomo, w prywatnym komfort inny.Ja w moim szpitalu przez 3 dni jadłam zupę makaronową na przykład, że o robaczkach sporych rozmiarów na podłodze nie wspomnę ![]() |
|
#35
|
||||
|
||||
|
Nie wiem na ile szybko dochodzi się po naturalnym porodzie, ale ja po cc, wyszłam do domu w 3 dobie i normalnie zajmowałam się dzieckiem z pomocą męża no ale jednak przewijałam, karmiłam, itp... Tak więc chyba w miarę normalnie, tak jak i po naturalnym porodzie, tak mi się wydaje przynajmniej
) |
|
#36
|
||||
|
||||
|
Termin miałam na 13 lipca, no i właśnie w tym dniu około godz 19 odeszły mi wody. Nie miałam żadnych innych objawów porodu, żadnych skurczy itp.
Pojechaliśmy do Szpitala na Inflanckiej. O godz 20 zostałam przyjęta. Do godz 1 w nocy kazano mi czekać. Skurcze nadal się nie pojawiły, odeszło jeszcze trochę wód. O 1 zostałam przebadana i podano mi oksytocynę na skurcze. No i zaczęło się. W międzyczasie kilka razy jeszcze byłam badana. Co mnie zdziwiło to to że kazano wychodzić z sali mężowi gdy mnie badano i innym mężom też jak ich żonom coś robiono. To miał być przecież poród rodzinny. Na szkole rodzenia nic nie mówiono o tym że większosć czasu mąż będzie na korytarzu. Sala była kilku osobowa ale pooddzielana parawanami, tak wiec zdziwiło mnie to i wkurzyło. Cały czas dostawałam oksytocynę. Ok 7 rano dostałam ZZO. Chwilę pomogło ale potem znowu sie zaczęło. Ale cały czas nie było postępu porodu. Rozwarcie było na 3 cm szyjka długa. Aha, a w międzyczasie tuż po ZZO przyszedł lekarz z nowej zmiany dyżuru i stwierdził że mam cały pęcherz płodowy!!! Halo jak cały jak wody były! Ale rzeczywiscie przebił go i polało się. Tak więc wcześniej to tylko ulewanie mogło być. Jeśli chodzi o położne to wydawało nam się z mężem że nie są zbyt miłe. Chodziły i mówiły tylko że przyszłyśmy tu wszystkie leżakować a nie rodzić bo wszystkie miałyśmy tylko wody a brak skurczów. Ale jak się okazało że przyszła druga zmiana położnych to wtedy się okazało że tamte to było nic. Te nowe chodziły i krzyczały, mąż to już prawie wcale nie był ze mną, nie pozwoliły. Powiedziały że jak chciałyśmy z mężami to trzeba było sale jednoosobowe wziąć i zapłacić. No i znowu okazało się że na szkole rodzenia nic takiego nie mówiono że na porodzie rodzinnym niepłatnym mąż nie jest cały czas a na płatnym jest. O godz 12 w południe stwierdzono że nie ma postepu porodu i muszę mieć cesarkę. No i o godz 12.30 Nasza Alicja już była na świecie. Zdrowa i śliczna, 3320 wagi i 51 cm. Ja trafiłam na salę pooperacyjną, na której oczywiście mąż nie mógł być ze mną nawet nie mógł na chwilę tam wejść jak mnie tam przywieziono. Leżałam na łóżku czułam sie jak sparaliżowana niczym nie mogłam ruszać. Ale ból zaczął sie dopiero jak znieczulenie przestało działać dostawałam ketonal w zastrzykach ale dużo nie pomagał. W nocy okazało się że muszę sama o własnych siłach zejść z łożka i iść pół korytarza na inną salę bo może na tej łożko komu innemu się przydać. Próbowałam wstac ale nie dałam rady w głowie mi się kręciło. Pozwolono mi zostać do rana. W tym czasie Alicja była ze mną próbowałam ją karmić ale ona stale spała, była spokojna nie płakała, mało jadła, ale nikt z położnych nie powiedział mi nic na ten temat że za rzadko karmię, nikt sie nie interesował. O 6 rano już musialam wstać i iść na inną salę. Jakoś poszłam skręcając się z bólu. Sale były wyposarzone w takie łożka że trudno było na nie wejść i z nich zejść, do tego bardzo gorąco (były upały). Przywieziono mi dziecko. Miałam trudności żeby do niej wstać ale musiałam jakoś. Przyszedł poranny dyżur. Pani pediatra stwierdziła że nie daję sobie rady z dzieckiem bo jak rozebrali ją do ważenia to miała kupkę. Też mi wielka rzecz przecież można zmienić a za sekundę może być już kupka. To nie świadczyło że sobie z dzieckiem nie radzę. No ale na wieczornym obchodzie inna pani pediatra stwierdzila że Ala za mało waży jest niedożywiona. Powiedziała mi: "Córka tyle śpi bo nie ma siły zawołać o pierś, będzie tak spać i spać aż w końcu całkiem zaśnie". Po tych słowach strasznie się przestraszyłam, poryczałam. Cały dzień przecież nie przyszła żadna osoba która pomogłaby mi przystawić dziecko do piersi, nikt sie nie interesował czy karmię, czy dziecko umie ssać, czy mam pokarm, nikt nie powiedzial że jak coś to mogę przyjść po sztuczne mleko. Przecież na szkole rodzenia mówili że szpital propaguje karmienie piersią że pomaga. Ja nie byłam świadoma że dziecko za mało je bo nie płakało często, spało. Poszłam więc po mleko sztuczne, córka dostała ze strzykawki, ale kazano mi próbować karmić, i nadal nikt się nie pojawił aby pomóc to robić. Przestraszona nie spałam całą noc (naprawdę całą) bo dawałam raz jedną raz drugą pierś, mała zasypiała po karmieniu na 5 min i znowu płakała. Zaczęła płakać, tak wiec wiedziałam że jest głodna. Rano na obchodzie okazało się że waży już dobrze. Ale była na obchodzie zupełnie miła pani doktor. Na nastepny dzień wysyłałam męża do nich po sztuczne mleko bo jak ja szłam to się czepiały że nie karmię piersią, ja im mówiłam że staram się ale mam za mało pokarmu i tak w kólko się czepiały. Tak wiec wysyłałam męża i jemu dawały bez pytań. Ale cały czas dawałam pierś, próbowałam. Dopiero w czwartej dobie przyszła pani od laktacji i zapytała wszystkie dziewczyny na sali czy mamy problem z karmieniem, okazało sie że mam pokarm, to była jeszcze siara. Tak więc pocieszałam się że przyjdzie pokarm właściwy i będzie go dużo. Szkoda że ona przyszła dopiero przed samym wypisem ze szpitala. Byłam i jestem rozgoryczona pobytem w tym szpitalu, zawiodłam się. Bo jechałam prawie 100 km żeby rodzić w tym szpitalu, mimo że miałam szpital na miejscu. Po prostu szpital został przereklamowany, na szkole rodzenia pokazali tylko dobrą stronę szpitala, czyli jak sie później okazało to chodziło o ta płatną stronę szpitala. Poza tym personel- położne były strasznie niemiłe. Gdy raz wyszłam z sali w nocy bo nie dało sie tam z powodu upału wytrzymać, dziecku też było za ciepło, to usłyszałam że muszę iśc do sali bo siedzę pod salą za którą ktoś płaci 300 zł i nie musi słuchać płaczu mojego dziecka! Dodam jeszcze że przy przenoszeniu z łóżka na łóżko zaraz po porodzie złapano mnie za ręce i za nogi- skończyło się to zwichnięciem stawów mostkowo-obojczykowych (obu) i leczeniem po dziś dzień. ![]() |
|
#37
|
||||
|
||||
|
Łoooj no to coś strasznego żeś przeżyła!
Na każdym kroku coś "nie tak", pewnie się modliłaś żeby z tego szpitala już wyjść! Ja to rodziłam w starym szpitalu klinicznym. Położne z patologii miałam już zaprzyjaźnione, na porodówce też w sumie miły byłe. Nie to że ze mną siedziały i gadały Ale zaglądały i jak zaglądały były uśmiechnięte i raczej pozytywnie nastawione. A czas zabijałam gadając ze sprzątaczką Potem przyszła druga zmiana położnych + studentki. Studentki były najlepsze i powiedziałam że nie pozwolę im wyjść z porodówki aż nie urodzę - i zostały. A położna była z kolei moim najwspanialszym aniołkiem, bo pozwoliła mi rodzić w pozycji wertykalnej (w kucki) dzięki czemu Lusia urodziła się bez parcia podczas zaledwie 2 skurczy, bez nacięcia krocza. W sumie od narodzin Lusi to już sama rozkosz była. Polazłam się wykąpać, obdzwoniłam rodzinę, w drodze z porodówki na położniczy tańczyłam po korytarzu, i w ogóle nie czułam jakbym rodziła. Za to na położniczym była makabra, coś w stylu jak u Ciebie Kaha25. Nie dość że położne nie pomagały z karmieniem, to co gorsza dokarmiały bez mojej wiedzy butelką, przez co miałam ogromne kłopoty laktacyjne. Rządziły się niesamowicie, przepychały człowieka z kąta w kąt, wstań, połóż się, podpisz, wyjdź, zawieź dziecko... 3 dni leżałam na tym położniczym, nie mam pojęcia po co szczerze mówiąc, macica się ładnie obkurczała, krwawienie było OK, Lusia nie miała żółtaczki, chyba tylko dla idei. A ja już ze skóry wychodziłam dosłownie. W ogóle to największym nieporozumieniem było stwierdzenie odejścia wód zanim odeszły Toż to jakaś paranoja. Zupełnie inaczej by Twój poród pewnie wyglądał.Oj przeżyłaś kobieto, szok....
__________________
|
|
#38
|
||||
|
||||
|
Tak dokładnie, też myślę że poród zupełnie inaczej by wyglądał gdyby wcześniej pomyłkowo nie stwierdzono że odeszły wody. Ale najważniejsze w tym wszystkim to to że moja córeczka jest zdrowa, że nie miało to żadnych konsekwencji dla niej.
Ja też mogłam przecież nie pozwolić sobie na takie traktowanie, ale byłam w szoku, myślałam że z ich strony coś sie zmieni, cały czas mialam nadzieję. Jeśli kiedyś zdecyduję się na 2 dziecko to na pewno już nie dam tak się traktować na porodówce i potem na sali. |
|
#39
|
|||
|
|||
|
Witam współczuję takiego porodu..straszne co przeżyłaś
((No cóż..moje bóle zaczęły się w 33 tc...wiedziałam, ze urodzę chore dziecko, ale nie byłam przygotowana, że już, teraz...więc kiedy zaczęły się bóle długo wmawiałam mężowi, ze to nie to aż wreszcie siłą "wywalił" mnie z domu i pojechaliśmy...mgła taka, że nie widać nić na wyciągnięcie ręki więc kazałam mu jechać do najbliższego szpitala 2 min od domu...była 23:40...na porodówce wręczyłam lekarzowi dokumentację medyczną, żeby wiedział o chorobie syna...i się zaczęło - a dodam, ze był to szpital, o którym piszą wszędzie rodzić tylko nie tam - szpital składa się z kilku budynków, w 5 min przyleciał anestezjolog i wytłumaczył jakie mam opcje znieczulenia i co on proponuje, ok 24 byłam już na sali operacyjnej, na której chyba zjawili się wszyscy możliwi lekarze z całego szpitala, mąż stał kilka kroków ode mnie...o 0:20 synek był już na świecie...a mnie urwał się film...obudziłam się już na łóżku, lekarz potwierdził, ze syn jest chory, na 5 min wszedł mój mąż i mama..była noc musieli iść...ale położne zjawiały się co godzinę, sprawdzały czy wszystko ok, później jeszcze musiałam podpisywać zgodę na operację syna, ale wszystko mi tłumaczyli gdzie syn jest itp (zobaczyłam go dopiero po tyg.). Rano przyszedł do nas lekarz, u którego robiłam 2 razy USG pytał jak się czuję itp....powiem szczerze, ze zarówno lekarze jak i położne wszyscy byli mega opiekuńczy i mili (nie tylko dla mnie). Lekarka z noworodków, przyszła porozmawiać zapytała czy może zadzwonić do szpitala gdzie był mój syn i zapytać o jego zdrowie itp. Podsumowując szpital odradzany przez wiele osób okazał się bardzo przyjazny od salowych począwszy na ordynatorze skończywszy ))Aha gdyby ktoś się zastanawiał to po kilku operacjach i prawie 5 miesiącach w szpitalu synek i ja (mieszkałam w szpitalu) wróciliśmy do domu i dziś mam "tornado" w domu )) |
|
#40
|
||||
|
||||
|
To dobrze, że juz jestescie w domu. Fajnie tez ze udalo ci sie miec super opieke. zycze wam duzo zdrowka, niech sie synek dobrze chowa.
|